Moje noworoczne postanowienie, które pierwszy raz sobie postanowiłam tak naprawdę (wiele razy zapewne wspomniałam, że od Nowego Roku rzucam palenie, ale to nie było na poważnie:)) zmieniło moje podejście do gotowania i pieczenia. Z powodu lawinowo wzrastającej liczby nowych kilogramów, które pojawiły się z powodu wzmożonego podjadania świątecznego oraz rzuconego palenia, postanowiłam, że muszę działać. Dziwne jest to, że mój BMI pokazuje wagę w normie (faktycznie jest do góra granica, bardzo blisko kolejnego poziomu czyli nadwagi), ale ja nie czuje się dobrze ze swoim ciałem i chciałabym wrócić do czasów kiedy czułam się w nim wspaniale:) 
Przeprawa to bardzo trudna, bo trzeba zmienić swoje przyzwyczajenia i nawyki żywieniowe (tutaj na szczęście wiele zmian nie trzeba wprowadzać, tylko takie tyci, kosmetyczne wręcz:)) i zrezygnować z co tygodniowego lub nawet częstszego wypiekania, pieczenia różnego rodzaju budyniowych ciast, kremowych ciasteczek czy słodkich muffinek. Jako osoba uwielbiająca pieczenie i późniejsze pałaszowanie tychże wypieków jestem głęboko sfrustrowana tą zmianą (nie ukrywam, że moje otoczenie różnie będzie tęskniło za moimi wypiekami:)). Zapewne ilość i jakoś moich wypieków miała duży wypływ na liczbę pojawiających się kilogramów, ale ciężko opanować taaaaaaaaaaaaką pasję! 
W ostatni weekend minął prawie cały miesiąc odkąd został wprowadzony zakaz na pieczenie (stało się to troszkę wcześniej niż początek realizacji noworocznego postanowienia). Podstawą tego zakazu było zupełne wyeliminowanie wyrobów z mąki pszennej, która jest zła! Zakwasza organizm i sprawia, że tyjemy! Zabrakło więc pieczywa z piekarni, które udaje orkiszowe czy żytnie, zabrakło domowej pizzy czy makaronów. Mrok otoczył moją krainę… Z przygnębieniem patrzyłam na osamotnione blaszki i blachy, ze wzruszeniem zaglądałam do szuflady przepełnionej migdałami, wiórkami kokosowymi, budyniami czy mielonymi orzechami. Wreszcie ze złością krzątałam się po kuchni udając, że nie poszukuję niczego słodkiego i że wcale nie upiekłabym chętnie czegoś wspaniałego. Kiedy bardzo mi na czymś zależy, moja kreatywność nie zna granic, więc zaczęłam szukać sposobów jak znów wprowadzić pieczenie do mojego życia, równocześnie utrzymując noworoczne postanowienie i realizując swój plan. I znalazłam! Okazało się, że moja wyobraźnia ograniczała się do mąki pszennej zupełnie zapominając ile innych zdrowych, pysznych mąk jest dostępnych! Upiekłam pyszny domowy chlebek żytnio – orkiszowy na zakwasie przygotowanym z mąki żytniej oraz te wspaniałe bananowo-orzechowe muffiny na mące orkiszowej:) Pieczenie więc będzie, ale w dużo zdrowszej formie! 
Ile radości może wprowadzić do życia poszukiwanie pomysłów na zdrowe wypieki, kilka chwil przy kuchennym blacie oraz rozprzestrzeniający się po cały mieszkaniu aromat wypiekanego deseru? Bardzo dużo! 🙂 Śmiem twierdzić, że to doskonała recepta na jesienno-zimową depresję. A co z zakazem na czekoladę? Hmmm..
Składniki:
  • 250 g mąki orkiszowej
  • 3 duże dojrzałe banany (4 mniejsze)
  • 50 g cukru trzcinowego
  • 125 ml oleju roślinnego
  • 2 jajka
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 100 g orzechów włoskich
Przygotowanie:
Banany ucieramy bądź blendujemy na masę. Jajka mieszkamy na olejem. Do jajek i oleju wrzucamy banany, dokładnie mieszamy wszystkie składniki. Suche składniki wsypujemy do miski i łączymy z mokrymi, ponownie mieszając. Na koniec dodajemy orzechy włoskie rozdrobione w malakserze. W blaszce muffinkowej (12 miejsc na babeczki) umieszczamy papierowe foremki i rozdzielamy masę. Ciasta wystarczy na 12 dorodnych muffinek. Pieczemy około 20-25 minut w temperaturze 200 stopni.